Maraton Metropolii – mamy medal!

Maraton Metropolii – 15.05.2011
Do Torunia zjachaliśmy w dwa samochody:
Ekipa Warszawsko – Mińska (Ewa, Łukasz, Michał, Gosia i Ja)
Ekipa Mszczonowska(Michał, Łukasz i osoby towarzyszące)
w przeddzień – ładna pogoda i oczywiście pasta party(szkoda że makaron z rybą a nie bolognese, ale był miły akcent w postaci krewetek
w dniu maratonu niestety od rana lało i zimno, aż z samochodu nie chciało się wychodzić – więc nie wyszliśmy ; )
i zamiast z mety do startu udać się autobusem (jak przewidział to organizator i uczyniła większość uczestników) i tam oczekiwać na start; dojechaliśmy tam samochodem i czekaliśmy do 15 min przed startem, aby odwlec w czasie nieuniknione przemoknięcie do suchej nitki;(nawet rozgrzewkę przeprowadzaliśmy pod dachem myjni żeby było sucho)
w tym czasie solidnie rozgrzewał się już Michał I (brat Łukasz zrezygnował ze względów bezpieczeństwa; a mój przykład pokazał że nie bezpodstawnie) – co miało później zaprocentować świetnym wynikiem;
trasa była śliska, b. mokra, z kałużami a na odcinku prawie 10 km strasznie chropowata; + dwa odcinki kostki( w tym fatalne kilkadziesiąt metrów przed metą) – ogólnie maraton dawał w kość i należą się solidne gratulacje za samo ukończenie;
Michał I. odniósł wielki sukces – z czołowej grupy uciekł z grupą harcowników ok. 35 km i atakował aż do mety wygrywając w peletonie i zajmując najwyższe w historii naszego stowarzyszenia miejsce – 2 (Ariel dwa razy wygrał dylewską, ale było to przed utworzeniem stowarzyszenia ; ) – 1 -szy z dużą przewagą, w zasadzie nieosiągalny dla peletonu był Piotr Andrzejewski; WIELKIE GRATULACJE MICHAŁ – czekamy na więcej (a jestem przekonany że to nastąpi, choćby z tego powodu że Michał odgraża się iż niedługo zastąpi zasłużone Shitblady czymś lepszym)
Ja również jechałem w peletonie, ale nie miałem sil na ucieczki, więc dowlokłem się ostatnie 5 km samotnie, po drodze zaliczając uderzenie w płot(!) oraz wywrotkę 15 metrów przed linią mety;
Łukasz się nie wywrócił i osiągnął b. dobry czas, biorąc pod uwagę że to dopiero jego drugi maraton, pierwszy w deszczu i pierwszy w ‘dziewiczym” sprzęcie, skręcanym na 20 min przed startem
Michał M upadł na 7 km i odpadł z czołowej grupy, później miał solidne problemy sprzętowe ale mimo wszystko dotarł do mety – zziębnięty bo ubrany był jak na Hawaje; na podkreślenie zasługuje fakt, ze w przeddzień maratonu nasz Prezes uczestniczył w nocnym rolkowaniu(jazda o 23 do 6 nad ranem) i był mocno niedospany
Ewa dojechała również bez upadku i w dobrym stanie oraz humorze
po mecie – zamieszanie parkingowe, dekoracja Michała, pełna regeneracja (posiłki, kawki, piwka a niektórzy nawet byli masowani przez dwie atrakcyjne masażystki zupełnie tego nie doceniając i po krótkiej wizycie w miejscu zakwaterowania w Chełmży – powrót z obiadem po drodze:)
Autor: Łukasz Warchoł

Michał







gdzie można było wjechać w płot na metropolii? byłem po Tobie, region jakiś mazowiecki :-))))