Berlin Maraton – 25.09.2010

33 Berlin Maraton -25.09.2010
Koniec września w tym roku wyjątkowo rozpieszczał rolkarzy. Po deszczowych tygodniach przyszła słoneczna pogoda. W związku optymistycznymi prognozami wybraliśmy się w piątek ok. 18 w drogę do Berlina. Skład mocno okrojony do 3 osób – Łukasz, Gosia oraz piszący te słowa. Po sześciogodzinnej podróży dotarliśmy do Szczecina, gdzie dzięki gościnności rodziców Łukasza mieliśmy gdzie przenocować. Następnego dnia po obiedzie wyruszyliśmy do stolicy Niemiec. Niestety już 30km za granicą Polski zaczął padać deszcz. Do Berlina dotarliśmy kilka minut po godzinie 14. Z powodu obfitych opadów przez godzinę siedzieliśmy w samochodzie i zmienialiśmy „startowe” łożyska na gorsze. Dopiero, gdy przestało padać, zdecydowaliśmy się z Łukaszem pojechać w okolice startu, aby się rozgrzać. W związku z lekkim opóźnieniem związanym z przygotowaniem siebie i sprzętu do wyścigu, zdążyliśmy przejechać tylko 3 kołka wokół ronda w ramach rozgrzewki. Jako, że świat jest mały, już na samym początku spotkaliśmy Wojtka Hartunga – organizatora Maratonu Sierpniowego w Gdańsku. Wymieniliśmy z dwa zdania i pojechaliśmy na start. Tutaj, jak co roku wielka niewiadoma – który sektor wybrać? Łukasz z racji swoich bardzo dobrych wyników w tym sezonie chciał jechać w B, ja szczerze mówiąc trochę balem się tego sektora. Nowe koła i szyna zakupione tuż przed zawodami, oraz brak treningu spowodowanego ciągłymi wyjazdami, hamowały mnie przed wejściem do tego sektora. Suma summarum trafiliśmy do grupy C, która wystartowała jakieś 5-7 minut po najszybszych zawodnikach. Długie minuty czekania … i wreszcie ruszyliśmy. Nasz plan trzymania się razem troszkę nie wypalił. Zgubiłem Łukasza już na samym początku, nie mogąc się przebić przez tłum ludzi przede mną, niemoc potęgowały kółka, które ślizgały się niemiłosiernie na mokrej nawierzchni. Warto tutaj poruszyć temat kół na deszcz… mianowicie z pośród prawie 8 tysięcy rolkarzy startujących w maratonie berlińskim chyba, co druga osoba miała Stormy (Surge Storm MPC). Jak już wspomniałem Łukasz uciekł mi już na pierwszym kilometrze. Próbując gonić go na siłę wyprzedzałem kolejnych zawodników. Czułem jednak, że nie jestem w stanie prawidłowo odepchnąć się, nie tracąc przy tym rytmu jazdy – reasumując wiedziałem, że w ten sposób długo nie pociągnę. Jak przewidziałem tak też się stało. Już po 4km byłem totalnie wypompowany. Nogi chodziły mi na wszystkie strony…. masakra. Kolejni zawodnicy wyprzedzali mnie jak kilkuletnie dziecko. No nic, trudno jadę dalej… wracał się przecież nie będęJ Za plecami nagle słyszę wołanie „Dawaj z nami Michał”. Jak się okazało, był to Przemek Pawelec oraz Jurek Oleśkiewicz z Gdańska. Niestety dla mnie nie dałem rady nawet podczepić się pod pociąg, w którym jechali. Kolejne 3-4 km walczyłem tylko z tym by ustać na nogach. W końcu stwierdziłem, iż jechanie dalej w takim stanie nie ma głębszego sensu. Zatrzymałem się, zawiązałem buty od nowa i ruszyłem do przodu. Od razu czułem poprawę, łatwiej było mi utrzymać równowagę, a co za tym idzie „wyczuć” rolkę. Przyśpieszyłem… i właściwie od razu podłapałem grupę, która była za szybka na swój sektor. Było nas ok. 6-7. Austriak, Duńczyk, ja i kilku Niemców. Na początku przez dość duży okres czasu grupę prowadził ten pierwszy. Pomimo ewidentnego braku jakiejkolwiek techniki, jechał całkowicie wyprostowany na swoich 4x110mm machając nogami z częstotliwością kilkudziesięciu odepchnięć na minutę. W miarę upływu czasu, gdy już przystosowałem się do warunków, dałem mu zmianę. Wyprzedzaliśmy coraz to nowe grupki, goniąc grupę B. Wspólnymi siłami doszliśmy główną grupę jakieś 5km przed metą. Niestety z powodu ulewnego deszczu, jaki zaczął padać po ok. 40 minutach jazdy, strasznie ciężko było ich wyprzedzić. Wraz ze wspomnianą grupką po ok. 1h 30 min dojechaliśmy do mety, po drodze mijając jeszcze m.in. Jacka Wronę i Piotrka Barylaka z KKSW Krak. Po wyścigu odebrałem pamiątkowy medal i rzuciłem się na banany, które rozdawali w „Stefie bufetowej”. Z racji rzęsistego deszczu, wraz z Łukaszem udaliśmy się do samochodu, gdzie czekała już na nas Gosia. Zziębnięci i przemoczeni do suchej nitki dotarliśmy do naszego środka lokomocji. Szybka zmiana ubrania i w drogę do PolskiJ
Moim zdaniem był to najgorszy wyścig, jakim uczestniczyłem do tej pory, nie chodzi tutaj bynajmniej o organizację, czy atmosferę, gdyż w Berlinie stoi ona na najwyższym światowym poziomie, ale raczej o pogodę… w takich warunkach ciężko czerpać przyjemność z jazdy, ale cóż sport to zdrowie. Bardziej deszczowo było chyba tylko w zeszłorocznym Biegu Niepodległości.
Pomimo licznych niedogodnień impezę uważam za udaną i z pewnością polecam każdemu maniakowi 8 kółek. Tylu rolkarzy w jednym miejscu można spotkać tylko w stolicy NiemiecJ
Autor: Michał Machowski

Michał






